Magda Gessler: "chcę wszystkich wypaść do tego stopnia, żeby wypadli z obiegu ładności"

Ma kilka restauracji, swój program w telewizji, jest jurorką, mówi w siedmiu językach i zna się na tym co robi jak mało kto. Czyli ogółem, zawodowo ma wszystko czego mógłbym jej pozazdrościć. Tak, tych restauracji to też jej zazdroszczę. Zawsze marzyło mi się karmienie ludzi i to od czasów, kiedy do napisania słowa "restauracja" używałem litery "ł".

Z Magdą Gessler spotkałem się czterokrotnie. Po raz pierwszy, 4 sierpnia w AleGlorii, dzień później na konferencji ramówkowej TVN w Łazienkach oraz w Słodki Słony na Mokotowskiej. Wywiad dokończyliśmy w czwartek 13 sierpnia na planie Rewolucji pod Łańcutem. Jak stwierdził mój gość: "z naszych spotkań mógłby powstać całkiem niezły reportaż". I rzeczywiście, było co najmniej zabawnie, a historia która kryje się za naszym spotkaniem śnić mi się będzie do końca życia. Pani Magdo, dzięki!

Może się to wydać dziwne, ale zauważyłem dwie rzeczy, które nagminnie powtarzają się w każdym odcinku "Rewolucji". Raz, kiedy podnosi pani głos, unosi pani do góry nogę, zwykle lewą.

Naprawdę? Nigdy tego nie zauważyłam (śmiech).

Dwa, zamawia pani golonkę.

Albo schabowego. To prawdziwy sprawdzian dla kuchni, podobnie jak golonka. Zazwyczaj mają ją mrożoną i robią ją „na świeżo”, a wtedy nie nadaje się kompletnie do niczego. To wada bardzo wielu restauracji.

Od sześciu lat w trasie niczym Rolling Stonesi. Niech teraz zostawi pani skromność za drzwiami i powie mi, dlaczego oryginalną wersję Kuchennych Rewolucji Gordona Ramsaya zdjęto z anteny po siedmiu sezonach, a w Polsce, w produkcji jest już dwunasta transza.

Nie wiem jak ten format radzi sobie w innych krajach, ale w Polsce to ja dyktuję tempo i dramaturgię programu. Jestem prawdziwa, a to broni się bardziej, niż jakakolwiek reżyseria. Przed przystąpieniem do pracy nad Kuchennymi Rewolucjami nie obejrzałam ani jednego programu Gordona, żeby się niczym nie sugerować. Od samego początku chciałam, żeby to był program Magdy Gessler i tak się stało.

Gordon Ramsay powiedział, że się pani boi.

Nieprawda, zażartował jedynie, że nie chciałby się zamknąć ze mną w jednym pokoju. Jesteśmy bardzo silnymi indywidualnościami, pewnie trudno byłoby pogodzić takie dwa żywioły. Ale powiedział, że lubi moje blond włosy. Pan ma podobne.

Swoją drogą, zawsze wydawało mi się, że kręcone włosy u niektórych osób to nie przypadek.

To kompletny przypadek, choć ja ubóstwiam ludzi z kręconymi włosami. Są podobni do aniołków, mają w sobie pewną łagodność i są przyjemni w dotyku. Kręcone włosy nadają romantyczny wygląd, wzbudzają we mnie tkliwość.

Zrobiło się romantycznie, czyli tak jak w wielu wywiadach których pani udziela. I albo ma pani tak kolorowe życie, pełne naprawdę nieprawdopodobnych zdarzeń które nawet w mojej głowie się nie mieszczą...

Albo?

Albo ma pani tak bujną wyobraźnię. Choć i to ma swoje zalety, wiem co nie co na ten temat z autopsji.

Zwariowaną wyobraźnię mam od dziecka i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Czasem przerażałam nią moich rodziców. Jestem malarką, życie może być zaskakujące, czasem dramatyczne, ale musi być jakieś.

Lecz trzeba przyznać, że historie o tym, jak pierwsze swoje danie ugotowała pani w wieku trzech lat, że siedziała pani na kolanach Fidela Castro i częstowała go ciastem kokosowym własnej roboty, dla wielu, brzmią wręcz nierealnie. Niczym bajki.

W wieku trzech lat mieszkałam z dziadkami w Komorowie, na kolanach Fidela Castro siedziałam nieco później, choć wtedy również nie miałam pojęcia kim był. Ot, jeden z wielu gości moich rodziców. Jednak już wtedy wiedziałam, że jedzeniem można zawojować świat, wpływać na emocje, łagodzić spory. Gdy po powrocie do Polski z przejęciem opowiadałam o moich przeżyciach na Kubie, wszyscy w szarej Polsce tamtego okresu twierdzili, że kłamię, że to po prostu niemożliwe. Opowiadałam jak pływałam w basenach milionerów z młodymi rekinami i kompletnie nikt mi nie wierzył. A to była najszczersza prawda, choć nawet dziś brzmi kompletnie nieprawdopodobnie. Zaraz dostanie pan pierogi.

Próbuje mnie pani przekupić?

Karmienie nie jest przekupstwem, a wyrazem gościnności. Na wschodzie, skąd pochodzę, gościnność jest na pierwszym miejscu. Uwielbiam karmić. Poza tym chcę wszystkich wypaść do tego stopnia, żeby wypadli z obiegu ładności (śmiech). Po prostu tuczę wszystkich nagminnie. Chcę częstować tym, co najlepsze. I proszę pamiętać, że najlepsze wcale nie znaczy najdroższe.

Jedni mówią, że Magdy Gessler w mediach jest za dużo, że wyskakuje pani z każdej lodówki, że stała się pani bardziej celebrytką i specjalistką od wszystkiego niż restauratorem. Jest też pani profil na facebooku, który zgromadził blisko milion osób. Jak jedni za coś panią uwielbiają, tak inni za to samo wręcz nienawidzą. Skąd ten kontrast?

W Polsce mamy pewien schemat zachowania, który stwarza pozory, jakby dwór francuski. Nie określamy się, boimy się wyrazistych opinii, na pokaz chcemy być grzeczni. A ja jestem autentyczna. Gdy ludzie słyszą co i jak mówię – chowają się za słupem. To hipokryzja, bo przecież Polacy za plecami oceniają ostro i bezkompromisowo. En face jesteśmy przemili. Nigdy nie lubiłam takiego zachowania, wolę dać czadu. Dzięki temu ci, którzy mnie kochają, kochają mnie za prawdę, nie za pozory. Na początku Kuchenne Rewolucje wywoływały panikę, bo jak tak można mówić wprost co się myśli. Lepiej iść do restauracji, wpieprzyć stary kotlet i podziękować. Dać napiwek i uciec. Jeśli tak robimy, to jesteśmy idiotami. Ja jako pierwsza powiedziałam: „nie, jeśli to jest złe, to to oddaj”. Ludzie przestraszyli się tak otwartej asertywności, której koniecznie musimy się nauczyć.

Z krytyką trzeba walczyć czy pozostawać jej obojętnym?

Jeśli ktoś wali w ciebie kamieniem, nie zostawiaj tego bez odpowiedzi. Nie sięgaj po kamień, ale zareaguj. Dobro powinno walczyć ze złem, nie może być bierne, ale nie można na nie odpowiadać tymi samymi metodami. Jeśli ludzie robią mi krzywdę, nigdy nie robię im tego samego. Wolę inaczej. Robię coraz lepsze rzeczy dla ludzi dobrych, natomiast to co złe stopniowo zostaje za mną. Zapominam, nie wracam i nie mszczę się.

Pani sypie tymi mądrościami jak z rękawa.

Wiem o czym mówię. To bardzo ważne, żeby nie poddawać się negatywnemu myśleniu, bo szkoda na to czasu. Gdy górę biorą złe myśli, to sami sobie zabieramy czas, z którego nic nie wynika, niczego dobrego w tym nie ma.

To ja poproszę o jeszcze jedną poradę. Warto mieć w życiu tzw. plan B?

Nie warto. Każdego z nas do czegoś ciągnie. Taka pasja jest jak miłość – gdy się w jej poddamy, stajemy się przez nią wręcz ubezwłasnowolnieni. Jeśli ma się taką pasję, to z niej czerpie się radość i perwersyjną czasem przyjemność płynącą z tego, że nie potrafisz z tego wyjść. Zupełnie jak w uzależnieniu. I wtedy to nie jest tak, że ty coś wybierasz, że czegoś chcesz czy nie chcesz. Ty to masz, i czy ci się podoba czy nie, po prostu to robisz. I coraz bardziej ci się to podoba, nawet gdy z biegiem lat uświadamiasz sobie jak męcząca jest ta twoja pasja. Ale nie potrafisz bez niej żyć. Spójrz na moje makijażystki. Są genialne w tym, co robią, malują i uwielbiają to, ale kiedy malują kogoś dziesiątą godzinę, to mają ochotę kopnąć wszystkich w dupę.

Skoro jesteśmy przy "kopnięciu w dupę" spytam o pani największą życiową porażkę. Co prawda o porażkach się nie mówi, ale zaryzykujmy.

Poczucie mojej największej porażki związane jest z moim pierwszym mężem.

Dlaczego?

Bo jestem przekonana, że gdybym z nim była, byłabym bardzo szczęśliwą osobą.

Ale raczej nie miała pani wpływu na to, jak to się potoczyło.

Dlatego porażka jest tym bardziej dotkliwsza. Nikt mi go nie zwróci. Gdyby teraz żył, czułabym się bezpieczna i byłabym szczęśliwa.

Pytam, bo wydawać by się mogło, że ma pani wszystko. I że według wielu, powinna być pani cholernie szczęśliwa.

Gówno prawda. Nikt nie ma wszystkiego.

Są dzieci, jest przepiękny dom, jest kariera i naprawdę zachwycające knajpy. Byłem, widziałem. Stwierdzam fakty, bez wazeliniarstwa.

To wszystko tak naprawdę jest bardzo pozorne.

A czego pani brakuje?

Czasu. Czasu dla bliskich. Czasu na to, żeby się nudzić. Chciałabym się trochę ponudzić. Od 25 lat nie miałam okazji się ponudzić.

I to się pani jeszcze nie znudziło?

Nie! (śmiech) Poza tym mam wrażenie, że dopiero nabieram tempa.

A co, gdy zgasną światła i trzeba będzie powrócić do szarej rzeczywistości?

Jakie światła? Przecież one wciąż jeszcze ledwie się żarzą. To dopiero początek, będzie coraz lepiej. Spójrz na bardzo znane postaci, aktorki jak Meryl Streep. Ludzie którzy mają osobowość, intelekt, którzy ćwiczą mózg, są aktywni i nie pracują nad sobą wyłącznie wizerunkowo ale również intelektualnie, mają pasję, dojrzewają w sposób fantastyczny. Ich dojrzałość po siedemdziesiątce jest zaskakująca i inspirująca.

Jaka więc będzie Magda Gessler za kilkanaście lat?

Coraz młodsza. Nigdy nie korzystałam z żadnych inwazyjnych zabiegów kosmetycznych. Mam własne, naturalne, przepiękne policzki i mimo tego, że są naturalne, to i tak wszyscy twierdzą, że są sztuczne. To znaczy nie wszyscy, tylko jacyś idioci.

Czyli innymi słowy, najlepsze jest dopiero przed panią.

Oczywiście, że tak.

U pani to zawsze jest tak optymistycznie?

Czasem szlag mnie trafia przez ten mój optymizm. Niby każdy może go w sobie mieć, ale sęk w tym, że nie każdy go ma.

Wiem, że jest pani całkiem niezłym psychologiem. Zaryzykuję więc i ze strachem poproszę panią o jakąś diagnozę, odczucia na mój temat. Pozwalam pani w tym momencie na bycie szczerą i okrutną zołzą. I nie powiem czy się z panią zgadzam (śmiech).

Skoro wdarłeś się do mnie przez kuchnię, założyłeś mój kitel kuchenny, to lubisz iść na całość. Poza tym jesteś kokiet. Kokietujesz wszystkich. I jesteś spod znaku bliźniąt. Mówiłam ci w AleGlorii, co sądzę na ten temat.

Trzeba należycie zakończyć naszą rozmowę. Kiedyś będę żałować, że to powiedziałem - pani Magdo, jak panią widzę i słucham, to chce mi się jeść.

Nie jestem jadalna, choć potraktuję to jako komplement (śmiech).
Trwa ładowanie komentarzy...