O autorze
Dziennikarz w momencie, gdy dostanie Wiktora za medialne odkrycie roku. Prywatnie fanatyk mediów, muzyki i popkultury. Uzależniony od humoru rodem z Saturday Night Live, ironii Marii Czubaszek oraz od stylu życia i bycia, które z pozoru wyglądają na bogate.

kamilkopec.pl

Przy campari i papierosku, czyli 76. urodziny Marii Czubaszek

archiwum prywatne
Na kilka dni przed spotkaniem z panią Marią Czubaszek zdałem sobie sprawę, że jak bardzo bym się nie przygotował to i tak w kategorii "humor i ironia" jestem na pozycji przegranej. Czyli zero zaskoczeń. Stwierdziłem jeszcze jedno - na pewno nie będziemy rozmawiać na temat aborcji, Kasi Cichopek, Beaty Kempy i Tomasza Terlikowskiego. Ma być po prostu miło.

Sobota, 8 sierpnia, godzina 12:15 i 37 stopni w cieniu.
Pizzeria nieopodal mieszkania pani Marii.



Na początek muszę przytoczyć sytuację z wczoraj. Minęła pierwsza w nocy, prawie zasypiam, nagle złota myśl - jutro obchodzi pani 76 urodziny. Wszystkiego najlepszego pani Mario!

Dziękuję, choć my z mężem w ogóle nie obchodzimy urodzin ani żadnych imienin. Nie dlatego, że to już tyle lat i mi się znudziło. Nic z tych rzeczy.

Zastanawiałem się tylko, co pani kupić. Na wstępie odrzuciłem kwiaty bo wątpię, że lubi je pani dostawać. Niepraktyczne i zbyt banalne.

Miał pan rację, nie lubię, a poza tym kwiaty więdną. A ja nie zmieniam im wody.

Parówki też nie wchodzą w grę. Jest zbyt gorąco i tylko poszłoby na marnację.

I słusznie, bo parówki to jedyna rzecz z jedzenia, którą zawsze mam w lodówce.

Więc powiem tylko, że po powrocie w Bieszczady to przez tydzień nie będę miał co do garnka włożyć. Postaw się, a zastaw się. Ale to wszystko z czystej sympatii i bez wazeliniarstwa.

Campari, matko złota. To się pan wykosztował. Ślicznie dziękuję. To jedyny napój który piję, chyba od 20 lat.

Ciągle pani powtarza, że jest przygotowana na śmierć, to sobie pomyślałem, że nie ma co zwlekać.

Wie pan, ja co prawda nie wiem kiedy umrę, ale na pewno jeszcze zdążę to wypić. Możemy otworzyć, tylko by nas tu nie... bo nie wiem czy tu można pić swoje. Parę razy pytałam kelnerki czy mają camapri i zawsze nie mieli. Zaraz tam pójdę i jej pokażę, co to jest.

To likier?

Nie, no skąd. Campari to coś na wzór cierpkiego wermutu. Broń boże, ja bym w życiu nic słodkiego nie wypiła.

Ja się kompletnie nie znam na alkoholach. Wiem tylko czym jest wódka z sokiem pomarańczowym.

Mężczyźni na ogół tego nie lubią. Zaraz pan zobaczy.

Ale sam nie będę pił.

Oczywiście, ja się też napiję. Campari samego się nie pije, jest parę wersji. Typowa to 1/3 campari, 1/3 wody i 1/3 innego alkoholu, czego ja nigdy nie robię. I lód. Ale tutaj zdaje się, że zmienił się właściciel i lodu już nie ma.

Jezus Maria, dziękuję panu bardzo, za pana zdrowie.

Rzeczywiście gorzkawo-cierpkawe. Tak sobie rozmawiamy o alkoholach, przy szklaneczce campari, ale nie wiem czy pani zauważyła, że na powitanie nie pocałowałem pani w rękę.

No i bardzo dobrze.

Oznacza to, że jestem kulturalny czy gburowaty i źle wychowany?

Uważam, że całowanie to relikt przeszłości. Mój mąż który jest bardzo dobrze wychowany, nie całuje pań po rękach. Wie pan, ja nie wierzę w takie gesty które mają pokazywać, że się lubimy i szanujemy. To puste gesty które nic nie znaczą. A do szału doprowadzają mnie dziewczynki, tzn. panie, które dygają.

Dygają?

Chodzi o to, że jak się taka wita, to jeszcze robi tak jak kiedyś małe dziewczynki.

W sensie, że tak kolano ugina.

Jak byłam dzieckiem to dziewczynki tak dygały, z tym, że ja byłam dzieckiem sto lat temu i teraz to już dziewczynki tak nie robią. Natomiast widzę takie panie, po dwadzieścia parę lat, które potrafią dygnąć. Coś okropnego. Nigdy nie zapomnę jak Sikorski był jeszcze w PiS i na jednym ze spotkań w rzędzie stało parę kobiet, to prezes Kaczyński z rozpędu ledwo co nie pocałował ręki Sikorskiemu.

A proszę mi powiedzieć, jak się pani czuje w nowej, lepszej Polsce.

Ostatnio powiedziałam, że żałuję, że jestem taka stara i nie będę czerpała garściami przez wiele lat z tego jaki tutaj raj będzie. Tak całkiem poważnie, to oczywiście, wiele jest jeszcze do zrobienia, ale jak słyszę, że Polska jest w ruinie, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Tej jesieni znowu na zasadzie mniejszego zła idziemy na wybory i niestety, znowu zagłosujemy na Platformę, choć w 99 procentach jestem pewna, że wygra PiS. Nasz głos jest oczywisty, bo ci którzy głosowali za Dudą, to ludzie wyjątkowo niechętnie nastawieni do tych którzy myślą inaczej.

Jakieś przykłady?

Kiedyś tu szłam z pieskiem swoim i jakaś pani mnie dopadła, tak stara jak ja. Złapała mnie mocno za rękę, krzyczy, że ja pani nie znoszę i nienawidzę, bo pani nie ceni matki Polki. Ja jej mówię, że niech pani mnie tak nie trzyma. Myślałam wtedy, że mnie zaraz pobije.

Zastanawia mnie, czy się pani po prostu nie boi takich sytuacji, tej agresji wymierzonej w pani kierunku. Bo w Polsce jesteśmy w stanie wręcz zabić się za poglądy, byleby wyszło na nasze.

Powiem panu, że nie, nie boję się. Nie tak dawno odbył się wieczór poświęcony Jackowi Janczarskiemu, którego bardzo lubiłam i swego czasu był moim narzeczonym. Zostałam zaproszona żeby powiedzieć kilka słów i powspominać dawne czasy. Zauważyłam, że idąc do taksówki śledzi mnie jakiś młody, trochę sepleniący człowiek, krzyczał: "czego pani zamordowała swoje dzieci". Odwróciłam się i mówię, proszę pana, co to pana w ogóle obchodzi. Pana ani żadnych pana dzieci przecież nie zamordowałam. Lazł za mną do tej taksówki, ciągle krzyczał "jak pani mogła", to mówię, że widocznie mogłam. W pewnym momencie wyglądało na to, że chce mnie uderzyć. A na dodatek był paskudny jak musztarda.

Jak musztarda?

Tak, bo ja to zawsze mówiłam, że brzydki jak musztarda lub jak majonez, bo nie cierpię ani musztardy ani majonezu. W momencie gdy już weszłam do taksówki, a on mi jeszcze na głowie siedział, to już wtedy odważna się zrobiłam, bo wcześniej to się bałam, że mi przywali.

Coś mu pani odpowiedziała?

Powiedziałam, że bardzo się cieszę, że usunęłam to dziecko, bo jak mi się miał ktoś taki urodzić jak on, to bym takie coś zatłukła i jeszcze do więzienia niesłusznie poszła.

Obok ogródka restauracyjnego biega dziewczynka. Robi to nieuważnie i ledwo co nie wpada na stojący nieopodal metalowy słup.

Ciekawe, czy wpierdoli się w ten słupek czy nie.

I tu znowu powrócę do dzieci. Nie uważam żebym miała jakąś taką cechę, jakiś ślad, który mogłabym pozostawić po sobie, żeby to było przedłużenie mojego życia, bo dziecko w pewnym sensie jest jakimś przedłużeniem.

Może tą cechą byłby właśnie dystans, ironia? Nie wyobrażała sobie pani, że ma małą córeczkę, taką Marysię albo Alusię?

Nie nie, autentycznie bym taką zatłukła. Nie czuję się zobowiązana ani państwu, ani w boga nie wierzę, więc bogu też nie. Świat tego nie potrzebuje, ludzie tego nie potrzebują i na szczęście mój mąż ma podobne zdanie. Co bym chciała, to bym chciała długów nie zostawić.

Teraz tak sobie myślę, że jakbym miała bogatych rodziców to na pewno bym nie pracowała, a jeśli byłabym babcią pana Kulczyka, to może pan Kulczyk i babci by coś przypisał.

Zabrzmiało to niczym "złota myśl".

Mnie to, wie pan, wszystko jakoś śmieszy. Gdyby każdy człowiek co jakiś czas pomyślał, że prędzej czy później szlag go trafi i jak pójdzie do ziemi to robaki go zjedzą albo dymek z niego poleci. Nie ma się co tak strasznie zabijać i spinać na wszystko. Czasem jak ktoś mówi "na zawsze", to ja mówię, że na zawsze, to się tylko umiera. To jedyne co jest pewne. I bardzo dobrze, bo jakby człowiek miał żyć tak bez końca to matko, pomijając jakie rachunki by płacił za światło i gaz, to by się człowiek zanudził. Choć ludzie, na ogół są nudni moim zdaniem. Bo przecież w końcu każdy, nawet tak bogaty jak pan Kulczyk, prędzej czy później nogi wyciągnie. Miał mieć prostą operację, następnego dnia był już poumawiany na spotkania. Podobno chodziło o coś z prostatą, to i u nas mógłby dobrego lekarza znaleźć. Pojechał za granicę i raptem co się dzieje? Facet z takimi pieniędzmi, że mogłoby się wydawać, że może wszystko.

W tej sytuacji muszę o to spytać. Zależy pani na tym jak będzie wyglądać pani pochówek?

Uważam, że życie kończy się w momencie kiedy człowiek umiera. Kiedyś wróciłam z pogrzebu Jerzego Markuszewskiego i mama się mnie pyta, jak było i jak było, to mówię, że było super, bardzo mi się podobało, że był spalony, że była malutka taka urna i że nie był w tej ziemi, co tam się ją sypie, co mnie zawsze brzydzi. Mam wyobraźnię i już tam widzę, że robale zaraz tam będą właziły, rozkładały się z tym drewnem. Poza tym, nie cierpię cmentarzy. Jeżeli chcę sobie o kimś kto nie żyje pomyśleć, to zrobię to jak sobie sama gdzieś pójdę, a nie muszę na tym cmentarzysku stać. I tutaj moja mama mnie zaskoczyła, bo kiedyś powiedziała: "wiesz, ja chcę być spalona". I była. Ucieszyłam się, bo oczywiście ja sama nigdy bym jej do tego nie namawiała.

I pani też chce być spalona?

Ależ oczywiście, spalenie to dla mnie najlepsza opcja, a ponieważ palę, to dymek ze mnie pójdzie.

Teraz pojadę po bandzie, proszę uważać. Co dla pani jest sexy?

Ale co to znaczy, że coś jest sexy?

Obecnie słowo "sexy" to synonim słowa "zajebiste". Wszystko jest albo "sexy", albo "zajebiste".

Dla mnie Woody Allen jest zajebisty i to mimo tego, że wygląda jak wygląda. Nie chodzę do kina, głównie ze względu na palenie, a i za filmem nie przepadam specjalnie. Jednak kiedyś Tomasz Raczek zaprosił mnie do jego programu i musiałam pójść. Na wstępie pomyślałam, że powiem na nagraniu, że oglądałam film, po czym znowu pomyślałam: "cholera, nie zrobię tak, bo o coś mnie spyta i wyjdę na idiotkę". Więc poszłam gdzieś przed południem na seans do "Atlanticu". Weszłam, sala była pusta, poszłam na samą górę do ostatniego rzędu, wyciągnęłam mojego papierosa elektronicznego. Myślałam, że nikt mi nie zwróci uwagi, to sobie pociągnę, bo inaczej zwariuję. Tylko nie pamiętam tytułu tego filmu, to było jakieś sześć lat temu.

"Vicky Christina Barcelona"?

O tak tak. I cholera, poznała mnie jakaś baba z facetem. Usiedli i pytają: "możemy koło pani usiąść?" Myślę, o Jezu. Co prawda film mi się podobał, ale byłam wkurzona bo zapalić nie mogłam. Wiem, że ludzie byli rozczarowani filmem bo myśleli, że będą się tarzać ze śmiechu.

I smarkać.

Dokładnie, bo jak mówi mój kochany Woody Allen "fajnie jak się człowiek śmieje, dopóki się nie zasmarcze". Zawsze to powtarzam.

Pani w każdym wywiadzie mówi wiele podobnych rzeczy, a co gorsza, jest pani pytana w zasadzie zawsze o to samo.

Jak stawiają podobne pytania to i nie wymyślam nowych odpowiedzi. I rzeczywiście, pytają mnie wyłącznie o to samo. Kiedyś jedna pani mnie bardzo wkurzyła. Nie pamiętam z jakiej była gazety, ale to była jakaś bardzo znana dziennikareczka. Zadawała mi pytań dużo strasznie. W momencie gdy mi wysłała tekst, ja zaczęłam to czytać. Proszę mi uwierzyć, włosy mi stanęły na głowie. Według niej, ja tam o sobie mówiłam, że ja jestem "takim ludzikiem". Powpisywała tam słowa, których to ja przez 75 lat życia nigdy nie użyłam. Wtedy wyjeżdżałam na spotkania autorskie, więc zadzwoniłam do niej, że muszę trochę ten wywiad poprawić. Był on długi, na osiem stron. Powiedziałam jej, że zupełnie nie mam czasu na poprawki. Ona mi wysłała sms z przypomnieniem, że mi redbula postawiła i ja powinnam mieć więcej szacunku i ten wywiad od ręki autoryzować, bo od tego zależy czy dostanie etat w jakiejś redakcji. Strasznie się wtedy wkurzyłam, bo ten tekst w zasadzie trzeba było pisać na nowo. To, co ona tam napisała, to jakaś zgroza była.

Słyszałem o jakiejś dziwnej proporcji w ilości wypalonych przez panią papierosów, a sensem stawianych pani pytań.

Rzeczywiście, jest coś takiego.

Rozmawiamy sporo ponad dwie godziny. Wypaliła pani trzy papierosy. To dużo?

To bardzo mało, znaczy się, że ciekawie pan rozmawia, naprawdę, bez wazeliny. Czasem palę z nudów, jednego za drugim, bo już myśleć nie trzeba. Ja w ogóle palę trzy paczki dziennie.

To musi pani ciągle pracować żeby to utrzymać. Wydatek jak na dziecko.

My z mężem to głównie na papierosy zarabiamy. Teraz paczka kosztuje z dwanaście złotych.

Co to są za fajki?

"Viva" mentolowe. Kiedyś paliłam inne albo podkradałam ojcu.

I zawsze tylko papierosy?

Raz kazali mi w "Spadkobiercach" zapalić cygaro choć ostrzegali: "Maria, nie zaciągaj się". A że palacz ze mnie nałogowy i o tym zapomniałam, to na scenie przed publicznością się przypadkowo zaciągnęłam i to tak, że cała ekipa mi pomagała dojść do siebie, a oczy to mi na wierzch wyszły. I kiedyś marychę paliłam, bo Stańko mi przynosił. A pan palił kiedyś marihuanę?

Tak, ale nie powiem kto dostarczał. Mam nadzieję, że pani nie zna.

A papierosy? Nie pali pan?

Właśnie nie.

Pani Maria częstuje mnie papierosem. Zaciągam się i kaszlę.

O, i właśnie o to chodzi. Pamiętam pierwszy raz jak szłam z koleżanką, miałam wtedy szesnaście lat i kolega nas poczęstował. Jak pociągnęłam, to już wtedy wiedziałam, że to jest to, dlaczego warto żyć, że będę to uwielbiała. Jej od razu niedobrze się zrobiło i powiedziała, że nigdy nie zapali. I rzeczywiście, nie pali do teraz.

Pani Mario, potrzebuję jakiegoś zwieńczenia naszej rozmowy. Choć wiem, że nie lubi pani ludziom doradzać i prawić morałów, to poproszę panią o coś, co zapamiętam sobie na długo. Żeby mnie to rozwinęło, zainspirowało i wpłynęło na mnie. Tylko bardzo proszę, niech się pani postara.

Trzeba mówić młodym ludziom jak są jeszcze wolni i nie mają żon, że prawdziwej miłości nie zaszkodzi nawet małżeństwo. Jedyne co warto, to uśmiać się warto i z siebie żeby się uśmiać. Żeby mieć dystans do wszystkiego, a zwłaszcza do siebie. Ja zawsze miałam przekonanie, żeby nie traktować poważnie siebie i w ogóle życia. Żeby nie widzieć w sobie osoby która jest naznaczona ręką Pana Boga, że musi nieść jakiś kaganek oświaty. Niektórym ludziom wydaje się, że ktoś tam gdzieś siedzi i zapisuje, że pójdzie coś w lud i naród. Ja tego zupełnie nie mam i żadnych kaganków nie noszę. Codziennie się mówi i robi głupoty. Dziś się powie, a jutro się zapomni.
Trwa ładowanie komentarzy...